poniedziałek, 14 listopada 2016

Warto marzyć

Jak do tej pory nie pisałam o ważniejszych wydarzeniach w tym roku, gdyż były wokół tego zarówno problemy, jak i trochę nerwów. Może jeszcze trochę za wcześnie na takie podsumowania, ale był to dosyć szalony rok, pełen pracy i emocji, nie tylko radosnych. Jednak na blogu chciałabym dzielić się z Wami tymi radosnymi chwilami, a jeśli zaistnieją inne wpisy, to chciałbym móc nadać im przynajmniej jeden pozytywny cel lub powód do głębszych przemyśleń.
Wróćmy więc do marzeń. Dla mnie marzenia to plany, ale takie plany które napełniają mnie radością i kiedy je snuję powtarzam sobie po cichutku - ale byłoby cudownie, gdyby to się wydarzyło, żyłabym jak w bajce. I w tym momencie moja wyobraźnia ożywa i choć przez krótką chwilę żyję myślami w tym bajkowym świecie, wyobrażając go sobie coraz bardziej szczegółowo. A potem, jakby to ująć, moje życie zaczyna się układać w dość osobliwy i sobie tylko znany sposób, który i mnie dość często zaskakuje.
Opisując to pokrótce i nie wchodząc w szczegóły, pierwszym naszym wspólnym (moim i S.) marzeniem było zamieszkanie w zacisznym miejscu wśród przyrody, w drewnianym domku z okrągłego bala. Zamieszkaliśmy więc na wsi, na gospodarstwie zostawionym przez moich dziadków, żyjąc skromnie, oszczędzając pieniądze i planując, a także ucząc się w teorii i praktyce wszelakich upraw i hodowli, zarówno roślin jak i zwierząt, jak i innych drobnych, ale przydatnych na wsi umiejętności. Z myślą o budowie niewielkiego domku z bala na przekazanej mi dziadkowej działce, w momencie gdy odłożona ilość pieniędzy na to pozwoli. Byliśmy już na to  przygotowani, na wiosnę 2017 roku. Jednak los chciał inaczej ....

Już na samym początku roku 2016 pojawiło się sporo różnych napiętych sytuacji, niektóre są dość osobiste, więc pozwólcie, że nie będę o nich publicznie pisać. Ich głównym skutkiem było ograniczenie moich ogródkowych planów, jak i spory dyskomfort psychiczny. Zaczęliśmy więc intensywnie przeglądać przeróżne możliwości, nawet takie które z dość błahych powodów wcześniej odrzuciliśmy. Możliwości były, może nie dokładnie takie jakie się chciało, ale pozwoliły nam odetchnąć i zrelaksować się. I wtedy jakieś większe siły zadziałały i całkiem przypadkiem S. w drodze do pracy zauważył przybite na drzewie ogłoszenie - sprzedam drewniany dom. I spisał numer telefonu z nadzieją, że może będzie to fajny drewniany domek, który będzie można przenieść. Zadzwonił i umówiliśmy się na spotkanie. Gdy podjechaliśmy na miejsce i wysiedliśmy z samochodu, było takie ciche "wow", za to w jakim stanie był domek (mimo, że z lat '50) i miejsce, w którym znajdowało się całe to gospodarstwo, tuż pod lasem. A po obejrzeniu wszystkiego, było już totalne zauroczenie :) Naprawdę nie spodziewałam się ze swojej/naszej strony, aż takiego zauroczenia i "iskrzenia", aż dzwoniłam i pisałam do znajomych z pytaniem czy nie zwariowaliśmy ;) Było tam wszystko z naszych marzeń, trzeba było tylko odpuścić niektóre szczegóły, które jak się ostatecznie okazało nie były dla nas aż tak istotne.
Decyzja była więc szybka, już po kilku dniach. Natomiast jak się okazało, zakup już taki szybki nie był, ponieważ wszystko to działo się na początku maja, wraz z wejściem w życie nowej ustawy o obrocie ziemią rolną. W teorii wszystko było ładnie, ale w praktyce ruszyliśmy w lipcu, dopiero jak w życie zaczęły wchodzić przepisy wykonawcze, których brakowało m.in. chociażby wzory odpowiednich wniosków. I dopiero od 25 października (maksymalny czas odpowiedzi, błędy urzędniczek, które wymagały pisania i wysyłania kolejnych sprostowań, wysyłanie listów poleconych, ekonomicznych przez ANR, a niech będzie i jeden plus - panie urzędniczki były naprawdę miłe w rozmowie) udało nam się stać oficjalnie właścicielami swojego wymarzonego, niewielkiego gospodarstwa :) Jedynym plusem całej tej przeciągającej się sytuacji wydaje się być bliższe poznanie byłej właścicielki, która jest naprawdę miłą osobą i wpada od czasu do czasu w odwiedziny na herbatkę i pogaduchy. Choć przyznam się, bardzo chce też pomagać w pracach ogródkowych, mimo problemów z chodzeniem. Są pewne typy kobiet, które są nie do zdarcia, mimo że życie też ich nie oszczędzało ;)
W tym roku również kolejnym etapem naszego życia stało się oficjalne zostanie mężem i żoną. Poniekąd potrzebne ze względów urzędniczych, jednak dla nas było to coś oczywistego od samego początku, co po prostu stało się formalnością, ale to inna, mniej lub bardziej romantyczna, historia ... ;)

  I kilka zdjęć do całej tej opowieści:




.... z każdej strony las


Dodatkowo drobne zmiany na blogu, postanowiłam zmienić tytuł bloga na zgodny z adresem strony. W lewej kolumnie załączyłam możliwość dodania swojego maila, abyście mogli dostawać na niego powiadomienia o nowych wpisach na blogu, co mam nadzieję będzie ułatwieniem dla wielu zabieganych osób. Plus trochę kosmetyki :)

środa, 5 października 2016

Naturalne żywienie piskląt

U mnie wysiadywaniem jajek i wychowem piskląt zajmuje się kura, więc ostatecznie tylko trochę pomagam.  W pierwszych dniach życia podaję pisklętom śrutę zbożową (lub zamiennie kaszę kukurydzianą i jaglaną) wymieszaną z serkiem jajecznym (lub zamiennie serem twarogowym). Pisklęta potrzebują wysokobiałkowego i wartościowego pożywienia. Dlatego najlepszym zbożem jest kukurydza i pszenica, a białko powinno być pochodzenia zwierzęcego (gotowane jajka, twaróg, maślanka, zsiadłe mleko, mleko odtłuszczone w proszku).
Przepis na serek jajeczny:
Zmieszać w garnuszku jedno jajo i 1/5 szklanki mleka, wstawić na mały ogień i mieszać aż do ścięcia się jaja w mleku (konsystencja jajecznicy). Potem mieszamy ze śrutą lub kaszą zbożową do uzyskania kruchej, sypkiej konsystencji. Można dodać startą marchew lub zielonkę np. liście mniszka, krwawnika, pokrzywy. Pamiętajmy, aby kasze i płatki pęczniejące zawsze podawać po ugotowaniu, nigdy suche i surowe.




Taki serek podajemy do tygodnia czasu, potem powoli zwiększamy udział zbóż w mieszance (śruta, kasze, płatki). Możemy też naszykować więcej "serka" zwiększając proporcje i podawać kilka razy  w ciągu dnia, chowając np. do lodówki, a potem lekko odgrzewając. Jedzenie powinno być podane w temperaturze pokojowej i jak najbardziej świeże. W takiej mieszance serek jajeczny zastępowałam też twarogiem, tak aby pozostała krucha konsystencja.
W pierwszym tygodniu pisklętom podajemy jedzenie co 2-3 godziny, zaczynając jak najwcześniej rano. Chodzi tutaj głównie o mieszanki wilgotne, szybko ulegające psuciu się. Na oddzielnych tackach i korytach można na stale wysypać suchą śrutę oraz oddzielnie wapń, jeśli ktoś obawia się że da za mało jedzenia. W tym miejscu odsyłam też do tabel żywieniowych, takie tabele powinny znajdować się w każdej książce o hodowli drobiu. Można też skorzystać bezpośrednio z "Norm żywienia drobiu" link . Niestety nie znam internetowego źródła takich tabel, gdyż posiadam w formie papierowej.
Może się narażę niektórym specjalistom tym stwierdzeniem, ale uważne obserwowanie zwierząt pozwala na karmienie "na oko", jeśli pozna się podstawy ich żywienia.
Do picia podajemy pisklętom wodę o temperaturze około 20 stopni (letnia). Można też podać delikatny napar z mięty lub rumianku, a w przypadku biegunki kawę zbożową (2 razy bardziej rozcieńczona jak podają na opakowaniu). Taką rozcieńczoną kawę zbożową podaję też co kilka dni zamiast wody, do około drugiego miesiąca życia.

Po tygodniu czasu już jest łatwiej, szczególnie jeśli kwoka jest przy pisklętach. W nawiasie mówiąc, trochę kwoka na tym zyskuje, bo zjada to samo co pisklęta, jednak nie rusza ich jedzenia  w nadmiarze, zadowalając się śrutą zbożową (kolejny powód postawienia oddzielnego korytka ze śrutą). Natomiast pisklęta i tak nie zjedzą niczego co będzie za duże dla ich dzioba.
Jedzenie nie musi być już tak rozdrobnione jak na początku:


ser twarogowy z kaszą jaglaną i kukurydzianą





pisklętom można też podawać wyparzone i drobno zmielone skorupki jaj (stałe i oddzielne korytko)

Jak widać zwiększamy po prostu udział zbóż i częstotliwość karmienia spada. W drugim tygodniu wystarczy sześć razy dziennie, w 3-4 tygodniu cztery razy dziennie. W moim przypadku po tygodniu czasu dochodzi też bonus w postaci wybiegu. Jak dla mnie nie ma lepszego sposobu odchowu piskląt jak pozostawienie tego kurzej mamie :) Na koniec dla przypomnienia link do wpisu o żywieniu dorosłych kurek http://wedrujacaradosc.blogspot.com/2015/02/naturalne-zywienie-kur.html



Ucieczka poza wybieg ;)




środa, 20 lipca 2016

Wieści z ogródka - cz.2

Zdjęcia aktualne, wczoraj robione. Jak widać pogoda ostatnio u nas pochmurna i deszczowa, od jutra zapowiadane jest już słoneczko i ocieplenie. Ostatnio z  pisaniem postów mam podobnie jak Bazylia, która opisała to w sam raz w swoim nowym poście KLIK    ;)

Najpierw grządka na byłym wybiegu kurek, dyniowate rozrosły się w najlepsze, bardzo dobry rok dla nich:




dynie Hokkaido lubią piąć się do góry

sałatkowy Topaz, rosnący w gruncie




ogórek Dar, do kiszenia








Przed foliakiem:



I pod folią:



Wieści z ogródka - cz. 1

Wpis choć króciutki, jednak się należy. Mam cichą nadzieje, że nadal jeszcze ktoś tu zagląda ;) Przynajmniej zdjęć mam spory zapas i ciężko mi miedzy nimi wybierać, tak wszystko bujnie i szybko rośnie, codziennie powiększając gąszcz zieloności.
Bardzo dobrze sprawdzają się grządki okryte słomą, szczególnie w upalne i suche dni. Co prawda chwasty potrafią w niektórych miejscach przerosnąć słomę (jeśli za cienka warstwa), ale zruszenie ziemi tuż przed sadzeniem glebogryzarką sprawiło iż stała się pulchna i mięciutka. Ściółka dodatkowo utrzymuje tą pulchność, więc wszelakie chwasty wyrywam z niesłychaną wręcz łatwością, zostawiając je w miejscu wyrwania.

Najpierw była goła ziemia (miejsce po jednej części wybiegu dla kurek), potem powsadzałam podrośnięte sadzonki, podlałam, a następnie po kilku dniach, po obfitym deszczu, okryłam warstwą słomy. Dynie, melony, arbuzy, ogórki i buraczki liściowe.















I jeszcze grządka z dyniami przed foliakiem:



I na koniec przegląd zdjęć spod foli ;)

kiedy wszystko było sadzonkami w doniczkach tuż prze wysadzeniem (kilka dyń przetrzymanych dłużej)

tuż po posadzeniu sadzonki kilka razy zostały podlane

wiosną rusztowanie robiło za stolik (położona deska), a potem za podpory dla ogórków

 podpora z kawałka zamocowanej siatki leśnej dla gąbczaków



Ostatnie zdjęcia są sprzed 3 tygodni, w kolejnym poście aktualizacja ;)